Plaża umarłych tuż przy Carboneras w pełnej krasie. Takie piękności to my lubimy. Brak infrastruktury, barów, czy też straganów z badziewiem- same plusy. Nawet parking wymaga od turysty, by się spocił, jeśli chce obcować z tą słynącą z okazjonalnie pojawiających się na niej zwłok piękności. Stąd nazwa :) My żadnych nie zaobserwowaliśmy, więc przybywajcie śmiało. Kiedyś jednak, gdy los żeglarza nie był aż tak pewny, jak teraz, silne morskie prądy wyrzucały tutaj na brzeg licznych nieszczęśników.
Jest nawet kącik naturystyczny. Choć internetowe relacje są sprzeczne. Niestety, ze względu na dmący wicher, nie byliśmy w stanie ich zweryfikować.
W Carboneras cień zapewniają kaktusy. Toż to same plusy: liści nie gubią, a i gołąb mniej chętnie siada.
Już niemal rok pełnej abstynencji za nami. Kto by pomyślał jeszcze kilkanaście miesięcy temu? Tacy wprawieni w bojach smakosze jak my z pewnością nie. Jak widać, życie to dziwny proces, który potrafi zaskoczyć i z pewnością trzyma dla nas za pazuchą jeszcze niejedną niespodziankę.
Zamiast upajać się procentami, czy innym ustrojstwem, lepiej dać się odurzyć naturze.
Palącemu słońcu...
...szumowi morza...
...oraz zachodom słońca. Czas na nas, żegnaj Andaluzjo! Te dwa miesiące były niczym wspaniały sen. Szkoda, że trzeba się obudzić. Ale z drugiej strony, po zwleczeniu się z wyrka można wzuć kamasze, by ruszyć ku nowym doznaniom i przygodom.