sobota, 30 marca 2013

Wesołych Świąt

 ...Życzymy całej naszej rodzinie oraz wszystkim czytelnikom i nie tylko :)










Niech króliczki, czy to biały, czy to czarny spełnią Wasze wszystkie marzenia!

czwartek, 28 marca 2013

świeża dostawa



 Dla wszystkich spragnionych odrobiny słońca codzienna porcja fotek :). Choć u nas dziś nie jest tak kolorowo i pada.



Jako przybysze z odległej, śnieżnej i zimnej północy postanowiliśmy pokazać Francuzom, że już nie jest wcale tak zimno i można śmiało zrzucić futra z pleców i zzuć kozaki. Będąc kilka razy nad naszym kochanym Bałtykiem wiemy z doświadczenia, iż niejeden kolonista byłby zachwycony i nie chciałby wyjść z wody :)




 Skałowanie w pełnym słońcu.



środa, 27 marca 2013

spacer z niespodzianką

Siedzimy sobie po raz kolejny w La Seyne sur Mer. Temperatura z dnia na dzień staje się coraz przyjemniejsza i mamy nadzieję, że zimne noce odeszły już bezpowrotnie. Wczoraj udało się nam nawet troszkę poplażować (a raczej pokamieniować :))
Jak już tak sobie siedzimy to warto by zobaczyć, co znajduję się za ocieniającą nas od wschodu górą. Wszystko wokół mamy już dokładnie spenetrowane, została nam tylko ona. Więc co tu dużo gadać, trzeba ruszać. Didol pod kran, woda do torby i hej ku przygodzie.

Pniemy się i pniemy, Didol sapie i dyszy niczym stary silnik diesla. Ścieżka powoli zaczyna zanikać i zamieniać się w błotnistą maź.

 W końcu wdrapujemy się na szczyt, fakt- widok jest całkiem przyjemny.

W pewnym momencie ścieżka znika całkowicie, jak i prowadzące nas po niej znaki. Nie jest to pierwszy raz we Francji, gdy idąc gdzieś, szlak nagle się urywa i przed sobą widzimy albo skały, albo przepaść, albo po prostu wielkie nic :) Lawirujemy jakoś w dół i trafiamy do miasteczka.



Łazimy, podziwiamy, relaksujemy się na ławce. No, ale trzeba jakoś wrócić. Oczywiście znaków brak. W końcu trafiamy na szlak- idziemy nim kawałek coraz wyżej urwiskiem, aż w pewnym momencie pojawiają się czerwone taśmy i okazuje się, że szlak jest zamknięty po ulewnych deszczach. W drodze powrotnej spotykamy Francuza, który mówi, że można iść inaczej. W lewo, w prawo, przez las i już jesteście w kamperze. To ruszamy ponownie. Znowu ścieżka robi się coraz węższa i bardziej błotnista, aż  pojawia się przed nami znak, że wchodzimy na teren prywatny i dla własnego dobra lepiej tego nie robić. Dobra wracamy, nie wiadomo tak naprawdę, gdzie byśmy doszli.

I tu kończy się nasza mrożąca krew w żyłach historia. Po zejściu do miasteczka i cierpliwym poczekaniu na autobus, wracamy na gapę (naprawdę chcieliśmy kupić bilet, ale kierowca chyba nas nie zrozumiał i jakoś tak wyszło :)) do naszego domku na kółkach.

Tu jeszcze z innej beczki. Nasze dwa dni spędzone z Wojtkiem z ekipy kudłaczy. Deszczowe internetowanie i kamperowe imprezowanie :)


wtorek, 26 marca 2013

w poszukiwaniu gwiazd


Z gwiazd w Saint Tropez udało nam się zaobserwować tylko tą na powyższym zdjęciu :) Innych brak. Z tego co jest napisane w przewodniku, światowi celebryci nie plażują tu już tak chętnie jak dawniej. Co prawda czasem trafi się jakaś Rihanna, czy inny Elton John, ale to już nie to co kiedyś. Teraz pozostało towarzystwo aspirujące, które starannie wystylizowane i wyelegantowane leniwie sączy kawę w licznych portowych knajpkach. Poza tym w miasteczku trawa wielki remont, kamieniczki opasane są szczelnie rusztowaniami na których uwijają się ekipy budowlane. Oczywiście na co drugim z nich słychać język polski. Samo miasteczko jednak pozostawia pewien niedosyt. Owszem, przechadzanie się wąskimi uliczkami oraz wizyta w porcie są niewątpliwie przyjemne i mają swój urok, ale skąd się wzięła aż taka sława? Jednak siła mediów jest ogromna :) Dla tych wszystkich, którzy byli we Włoszech będzie to, ot po prostu kolejne małe portowe sympatyczne miasteczko.





 Nieczynny już i lekko zapuszczony słynny posterunek.









poniedziałek, 25 marca 2013

Sainte Maxime

 
Do Ste. Maxime trafiliśmy trochę przypadkiem. Jadąc w stronę Cannes postanowiliśmy sprawdzić parking, który miał znajdować się na naszej na trasie. Wiadomo, zatoka Saint Tropez, czyli drogo. Postój z serwisem za 5 albo 10 euro- różne fora podają inne ceny. Zajeżdżamy więc na miejsce, robimy serwis- darmowy i idziemy się rozejrzeć. Spotkany Francuz, na pytanie co, gdzie i za ile, odpowiada: nie ma szlabanu, bo zdemontowali, czyli za darmoszkę :) Na parkingu stoi już kilkanaście dobrze ukorzenionych kamperów. Ludzie noszą sobie wodę w wiaderkach i konewkach, sąsiedzi Niemcy pucują szmatkami Concorda, ktoś się opala, ogólnie sielanka. Po krótkim spacerze okazuję się, że niedaleko mamy Lidla, a i do centrum kilkaset metrów. Na dodatek łapiemy internet z McDonalda, który znajduje się po drugiej stronie ulicy. To jest życie. Zostajemy.
Samo miasteczko okazuje się równie przyjemne. Kilka wąskich uliczek ze stara zabudową, mały kościołek przy marinie, piaszczysta plaża i piękny widok na znajdujące się po drugiej stronie zatoki, osławione Saint Tropez. Czas mija nam błogo na spacerach i wygrzewaniu się przed kamperem (chyba najcieplejsze dni od czasu naszego zawitania do Francji). Po wizycie w biurze informacji turystycznej dowiadujemy się , że wcale nie musimy pchać się samochodem do miasteczka komicznego żandarma. Jeździ tam autobus za 2 euro.

Namiary na parking:

Ste. Maxime
GPS: N 43.31713
E 6.62.985

 Po drugiej stronie zatoki- Saint Tropez w pełnej krasie.

 Całkiem nas dużo.



Byliśmy świadkami takiej oto mrożącej krew w żyłach sceny. Jastrząb, czy inny orzeł upolował na naszych oczach biednego gołąbka.







sobota, 23 marca 2013

byle do emerytury

Po wizycie w Sainte Maxime i Saint Tropez jesteśmy na powrót w La Seyne sur Mer naprzeciw Toulon. Urzekła nas ta miejscowość, a raczej udogodnienia, które tu na nas czekają :) Ostatnie tygodnie naszego kamperowania nie obfitują zbytnio w emocje, czy mrożące krew w żyłach przygody. Wiedziemy takie trochę emeryckie życie, rano po bagietkę, potem obiad i chyba największy problem- czyli co by tu ugotować. Potem wizyta w sklepie, czy na targu, no i obowiązkowy spacerek. Wieczorem książka i karty. Żadnych imprez i dyskotek, nudni jesteśmy :) Teraz właśnie siedzimy sobie na internecie z Wojtkiem z zaprzyjaźnionej ekipy kudlaczewpodrozy

Czy pisaliśmy, że nie przeżywamy większych przygód? My może i nie, ale Didol to i owszem. Przedzieranie się przez cierniste zarośla, przekraczanie rwących i zimnych strumieni, wspinanie się na kamieniste zbocza, że niby to nie są przygody? A taki mały, biedny mops musi sobie dać z tym wszystkim radę!




 No właśnie!

 Zagubieni na błotnistym parkingu 2.


Wszystkie fotki zostały zrobione w miejscowości La Croix cośtam niedaleko osławionego Saint Tropez. A co za tym idzie, już w następnym wpisie pojawi się ta jakże słynna miejscowość! Nie możecie tego przegapić!