środa, 14 stycznia 2026

Miara tęsknoty, czyli jesteśmy z powrotem.

Etap zimowego zarobkowania mamy już za sobą. Od wczoraj jesteśmy z powrotem w domu. Co prawda mieszkamy tu dopiero od kilku miesięcy, ale dom to przecież dom - nawet jeśli nowy i jeszcze nie do końca oswojony. Bo, jak mówi znane przysłowie, nie liczy się ilość, lecz jakość. A jakość w tym przypadku mierzona jest nie liczbą dni, lecz tęsknotą. A tej było już u nas odrobinę.

I choć Alpy do gór mikrych nie należą, a tamtejsze szczyty dumnie drapią chmury po brzuszkach, a mgły również niczego sobie, to jednak przed zaśnięciem marzył nam się powrót w Karkonosze oraz cieplickie, mroczne, białe opary.

Tak więc jesteśmy. Sakiewki napełnione frankami - czas zatem snuć knowania, jak by je tu przetransferować na kolejne podróże, tym razem relaksacyjno - krajoznawcze.

 
Szwajcarską zimę zamieniliśmy na polską. Tu i tu przymroziło ostro, a i puszysty opad nie żałował sobie zabawy, lecąc radośnie na ziemię w sporych ilościach. 

Załapaliśmy się nawet na poświąteczne dekoracje. Czego to tu nie ma: lampki, choinki, mikołaje. Całość natomiast okraszona klimatyczną mgłą. Trzeba przyznać, że wzruszają się serca nawet takich zatwardziałych antyświętowaczy jak my. Może to powrót do macierzy, a może po prostu starość :)

Nie napatrzyliśmy się na tego typu dekoracje w krainie Helwetów. Bo choć Szwajcarzy to ludek zamożny i w bogactwie opływający, to skąpy i nieczuły. Tak po prostu.

Posiedzimy do końca lutego na salonowej kanapie, po czym ruszamy na południe w poszukiwaniu wiosny.

Gdzie dokładnie? O tym już niedługo.

Mamy nadzieję, że śródziemnomorska roślinność, wyższe temperatury oraz wiosna wisząca już w pachnącym rozmarynem powietrzu - no i oczywiście szum morza - złagodzą odrobinę tęsknotę. Trzeba się więc porządnie nasycić, najlepiej na zapas.