Może dolać szampana, milordzie? - spytał nieśmiało, odziany w odświętną liberię wierny lokaj. - Czy aby kozie mleko nie wystygło w kąpieli? Mam nadzieję, że nie ciągnie chłodem od szczerozłotej wanny? Pałacowe przeciągi nie dokuczają na korzonki? - drążył z troską w głosie.
Najrzadszy gatunek kawioru, nobliwe winne roczniki oraz najlepsze alkohole w ogóle, czy też wykwintna kuchnia - wszystko się nam w końcu nudzi i z czasem obrzydza. Gdzie byśmy nie byli, jak bardzo ekscytującego życia byśmy tam nie wiedli, po równo czterech tygodniach czar pryska, a my zaczynamy się powoli wiercić i przebierać pod stołem nogami.
Wspaniałe dalmatyńskie krajobrazy, spieczone promieniami słońca andaluzyjskie naturystyczne plaże, a nawet otulająca niemal matczynym ciepłem domowa kanapa - mija miesiąc i klik, znów nas nosi. Teraz również nie jest inaczej.
Co prawda łatwiej jest nasycić się po same brzegi duszy kilkugodzinną pracą w chłodzie, gdy nogi koślawią się w śniegowcach na stromiźnie winnicy, a palce grabieją od mrozu w grubych rękawicach, niż błogim nieróbstwem albo ekscytującą eksploracją. To fakt - choć istoty rzeczy nie zmienia.
Ale, ale, przecież są jeszcze alpejskie widoki. Pobielone śniegiem szczyty, ulokowane w dole między nimi jezioro, szumiące kojąco falą. Nawet to nie pomaga. Już wystarczy. Czas pakować manatki i ruszać w drogę. Ku przygodzie, ku zmianie.
Czy świat jest tak po prostu urządzony, czy tylko my tak mamy, że po około miesiącu zaczyna nas wiercić w brzuchach? W sumie w przyrodzie występują podobne cykle: księżyc zaokrągla się, a ziemski glob rotuje. Trzeba chyba zaakceptować swą naturę, nie walczyć z genem nomady i po prostu… ruszać przed siebie.
Droga wzywa.
Niestety, póki co może sobie krzyczeć - przede nami jeszcze trochę ponad tydzień pracy :)




