środa, 2 września 2020

Jakoś trzeba na to całe kamperowanie zarobić

Żeby nie było, iż tylko obijamy się, szwendamy kamperem, czy też po prostu bumelujemy bez celu. Co to, to nie. Niestety, my także potrzebujemy do życia pieniędzy. Dlatego najlepiej jest je pozyskiwać ze źródeł, które się w miarę lubi. My zaś lubimy pracować na zewnątrz, pośród, co prawda mocno przekształconej przez człowieka, ale jednak natury. A, że czasami pada deszcz, jest zimno, stromo i najzwyczajniej w świecie się nie chce. No cóż, jak to się mówi, nie można mieć wszystkiego. Można za to zarobić w cztery miesiące tyle, by przez resztę roku nie być zmuszonym do żadnej innej zarobkowej aktywności :) Dlatego, przepraszamy z tego miejsca wszystkich, którzy maja kredyty we Frankach, ale w naszym interesie jest, aby ta waluta rosła w siłę. Pnij się w górę Helweto, pnij!

W ostatnim poście Komo wyczuwał nadchodzące zmiany i jak widać wcale się nie mylił :)

A to już nasza wioska, a dokładnie jej położona nad Jeziorem Zuryskim część. Witaj Freienbach!

W maju roślinki budzą się już do życia.

By z każdym kolejnym dniem rosnąć coraz szybciej, po prostu jak szalone. Nawet po dwadzieścia centymetrów dziennie!

Jak się rzekło, nie zawsze świeci słońce, czasami przez kilka dni leje, a do roboty trzeba mimo wszystko iść.

To zaś jeden z najprzyjemniejszych etapów naszej pracy, czyli coroczna delegacja do Quinten. To ta wioseczka po drugiej stronie jeziora Walensee. Nie można dostać się tam inaczej niźli łodzią (lub dosyć trudnym pieszym szlakiem). Samochodów totalny brak.

Są za to winorośle, kiwi, ogrom figowców obsypanych niczym innym jak figami właśnie oraz inne, odrobinę egzotyczne dla tej szerokości geograficznej rośliny.

Tubylcy mówią, że woda w maju jest jeszcze za zimna na kąpiel w tym alpejskim jeziorze. Czy aby na pewno? My jesteśmy przecież z Polski i spędzaliśmy niejedne wczasy nad Bałtykiem ;)

Komo zapoznał nawet koleżankę, z którą byli przez ten czas niemal nierozłączni.

Czasem, zamiast pracować, człowiek gapi się jedynie w dal. No, ale jak oprzeć się takim krajobrazom.


Po robocie zaś kąpiel. Jak widać zasłużyli wszyscy.

Oto i nasz taras. Zamieszkiwaliśmy nieczynny z powodu Korony dom wczasowy. Nawet podczas wyczerpującej delegacji niektórzy nie zaniedbywali nowego makramowego hobby.

W międzyczasie, pomiędzy kolejnym delegacjami oraz powrotami do domu, zepsuł się nam kamperek. Było dużo dymu, do tego trochę stresu, no i pozbyliśmy się kilku Franków.

Ważne jednak, że udało się go naprawić i już po kilku dniach był znowu z nami. Przez przypadek, czy też zrządzenie losu trafiliśmy do włoskich mechaników, a oni, wiadomo- z racji pochodzenia znają się najlepiej na Fiatach. No i, polewają klientom nie najgorsze winko :)

W sumie w Quinten byliśmy kilkanaście dni, Komo miał więc czas nacieszyć się towarzystwem koleżanki, czy też, nie bójmy się tych słów, już niemal narzeczonej.

To zaś Altendorf, kolejna z winnic którymi się opiekowaliśmy. W sumie nasz pracodawca-dobrodziej posiada kilka parceli, często znacznie od siebie oddalonych. Ale co tam, dojazdy są też płatne. Dlatego też, zaczęliśmy doceniać stanie w korkach :)

Upał. Jak widać gorąc rzuca się nie tylko na mózg, a i na stopy.

Ostatnie dni. Czas poszaleć na koniec odrobinę z nożycami, policzyć ukryte w skarpetach Franki, uśmiechnąć się chytrze pod nosem i można wracać do domu. Jeszcze tylko zbiory, potem zaś już tylko wolność. Przepraszamy: nowa normalność.

wtorek, 1 września 2020

Sztywne, kolorowe strony gazetowe.

Tak jak pewnie większość z Was, nas także koronowe szaleństwo zmusiło do trzymania się blisko domu. Całe szczęście w Niemczech nie było tak rygorystycznych restrykcji jak w Polsce, można było chodzić na spacery, jeździć rowerem i tym podobne. Trudno było jednak kupić papier toaletowy oraz drożdże. Szczęśliwi ci, którym się to udało, reszcie pozostawały sztywne gazety oraz niewyrośnięte placki zamiast puszystego chleba :)

W sumie to nie cierpieliśmy zbytnich niedogodności. Zakupy raz w tygodniu, spacerki, rowerki, regularna konsumpcja większych niż zazwyczaj ilości alkoholu oraz stronienie od ludzi. W sumie nasze normalne życie ;) Do tego pogoda dopisywała i już w marcu mogliśmy rozpocząć sezon balkonowo-plażowy.

Nie mogliśmy tylko przeboleć i w sumie do tej pory nie możemy, że nie dane nam było pojechać nigdzie kamperem. A plany były ambitne (Korona, ty ku.wo!). Może uda się wybyć gdzieś na dłużej po zbiorach, czyli w październiku, ale kto wie (ktoś tam pewnie wie, patrz:druga fala). Wróćmy jednak do pierwszej oraz czas niekończących się leśnych spacerów...

...oraz należytego wzmacniania się zepsutym winnym sokiem. Wiadomo, jak ruszać na walkę z podstępnym wirusem, to alkohol jest najlepszym orężem. A, że nie tak wysokoprocentowy, to dążyliśmy po prostu do wyższej koncentracji tychże we krwi poprzez kumulację konsumpcji. Nie będziemy zagłębiać się tu w naukowe szczegóły- grunt, że działa :)

Mieliśmy też dużo czasu na zwiedzanie okolicy (jakbyśmy normalnie nie mieli, ha, ha). W tym przypadku: odwiedziny u hrabiego. Zamek jest w rękach rodziny, która na dodatek ciągle go zamieszkuje, od wieków. W Niemczech, w odróżnieniu od Polski, byłe rodziny arystokratyczne są wciąż posiadaczami lasów, wielkich areałów ziemskich oraz zamków. Mimo minionych wojen, ta ciągłość historyczna wciąż trwa.

Kurde, ładna ta nasza wioska. Czasem żartujemy między, że to najczęściej fotografowana dziura w Niemczech.

Zaś pod koniec marca wiosna rozgościła się na dobre.

My zaś dzieliliśmy czas między spacery oraz świeżo zaaranżowane atelier do plecenia makram i innych sznurkowych cudów.

Jak widać, także Komo wspierał nas dzielnie ;)

Cyklu spacerowego ciąg dalszy...

...oczywiście z nieodłącznym mistrzem pierwszego planu :)

Kolejne wizyta, tym razem u ostatniej królowej Portugalii. Tak, tak, właśnie w tym dworku nieboraczka dokonała żywotu po upadku monarchii.

Ale co tam historia, gorąco- trzeba uzupełniać płyny.

Z perspektywy nadchodzącej jesieni oraz nieubłaganie następującej po niej zimy, aż chce się krzyknąć: wiosno wróć!


Z biegiem dni zapuszczaliśmy się coraz dalej, pomimo, że przepisy mające wspierać walkę z wirusem stawały się jeszcze bardziej rygorystyczne. Dobrze, że można było jeździć rowerem bez maseczki.

Kwietniowa kąpiel w przedalpejskim jeziorze? Czemu nie!

Ok, wszystko fajnie, nawet nie dłużył nam się ten dziwny koronowy czas...momentami było nerwowo, kilka nocy wypadło z grafika, ale co tam, trzeba  żyć i marzyć dalej. Poza tym...
...ktoś tu już zwęszył nadchodzące zmiany :)

poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Nadrabiania blogowych zaległości ciąg dalszy.

Nadrabiania blogowych zaległości ciąg dalszy. Po przekroczeniu Alp oraz szwajcarskiej granicy powróciliśmy na niemieckie łono, do naszej zagubionej pośród lasów wioski. Ale co tam bory, co tam leśne knieje...

...ważne, że jest jezioro i do tego całkiem niedaleko.

Udało się nam nawet przytargać odrobinę słońca w kamperowym kufrze ;)

Znaleźliśmy sobie także nowe hobby. Tak, tak, tymi rękoma zrobione!

Pod naszymi oknami przechodził karnawałowy pochód. Przez dwa dni. Nic nie jest tak ważne dla Niemców jak karnawałowy pochód właśnie. Nazywają to piątą porą roku i w porównaniu z nią Sylwester to herbatka u babci. Kilka dni takiego pijaństwa nawet w Polsce się nie zdarza.

Na początku lutego zaczęły się pojawiać pierwsze oznaki wiosny, tym samym wlewając w nasze serca nadzieję na mający nastąpić niedługo wyjazd do Hiszpanii (hi, hi, możecie sobie pomarzyć!)

Oto i nasza wioska. Ta mała plamka w lewym górnym rogu zdjęcia to Jezioro Bodeńskie. Za nią zaś, na horyzoncie dumnie piętrzą się Alpy.

Nim jednak zamierzaliśmy wyruszyć w cieplejsze klimaty wybraliśmy się z wizytą do Polski.

Nie jesteśmy miłośnikami zimowego kamperowania, dlatego też cenimy każdy promień słońca, który wśliźnie się do środka.

Miejscówka, która latem pękała w szwach teraz była cała nasza. Jak widać, nie tylko my wzbraniamy się przed spaniem w zimnicy.

Ale od czego jest kocyk i farelka :)

Tradycyjny już ostatni postój przed polską granicą. Bautzen, czy też Budziszyn nie zawodzi nigdy.

Jeszcze kilka kilometrów i już możemy polerować wrocławskie bruki. Niestety, po kilku dniach pobytu nadeszło koronowe szaleństwo i postanowiliśmy się naprędce ewakuować, nim wszystko się zamknie.


By być jeszcze bardziej zabezpieczonym przed zarazą, miast noszenia maseczek ukryliśmy się po prostu w krzakach ;) Po przekroczeniu niemieckiej granicy świat wydawał się jeszcze w miarę normalny, wesołe dzieci pędziły chodnikami do szkoły, wszystko było otwarte i nikt nie myślał jeszcze o obowiązku noszenia maseczek. Nie trwało to jednak długo...
 

niedziela, 30 sierpnia 2020

Konfrontacja z marzeniami

Po Sylwestrowym znieczulaniu się nastał czas konfrontacji z rzeczywistością oraz o zgrozo-z marzeniami. Dlaczego to drugie?- zapytacie może z zaciekawieniem nieliczni czytelnicy. Otóż dlatego, że już dosyć dawno temu wymyśliliśmy sobie, iż zamieszkamy kiedyś w Italii. Wiadomo- pieniędzy nie wydalamy o poranku, dlatego też nimi nazbyt nie śmierdzimy, lecz nie będziemy też tutaj nieszczerze kokietować, że klepiemy biedę. Umówmy się tak, coś tam chowamy w skarpecie, ale onuca ta jest mikrych rozmiarów, do tego pokryta niezbyt fachowo zacerowanymi dziurami :) 
Od lat przeglądamy włoski rynek nieruchomości (i nie tylko, lepiej powiedzieć- śródziemnomorski) i po długich analizach finansowych, morzo-odległościowych oraz przyglądaniu się wielu innym czynnikom, wyszło nam, że na jakieś tam rozsypujące się Rustico z kawałkiem ziemi obsadzonym drzewami oliwnymi, może i mocno teoretycznie, ale nas stać.

Wsiedliśmy więc w busika na dworcu w San Remo i ruszyliśmy ku Cerianie. W linii prostej to zaledwie kilkanaście kilometrów (może nawet nie), w rzeczywistości zaś, to pnąca się zakrętami ku górze, miejscami dosyć wąska droga. Ku przypomnieniu nadmieniamy tylko, że panowała wówczas zima i miasteczko było dosyć ponure oraz sprawiało mocno mroczne wrażenie. Wiadomo- będąc na letnich wakacjach, kiedy słońca nie śmią zasłaniać chmury, a temperatura nie pozwala na ubranie długich spodni, czy też bluzy, takie miejsca wydają się urokliwe, a nawet romantyczne. Jednak podczas chłodniejszej pory roku, cały romantyzm spowija mgła, a wspomniany wyżej urok zarasta mchem. Zaś dające schronienie przed upałami ściany starych domów- pokrywają się grzybem. Żeby już więcej nie przedłużać, czyli po prostu nie przynudzać, napiszemy jedno- wyleczyliśmy się. Nie powiemy, że definitywnie, ale na jakiś czas na pewno. Trzeba po prostu przekierować myśli ku klimatowi, który nie jest skalany zimą :)

Po tych wszystkich, jakże emocjonujących przeżyciach, by podreperować zdrowie, zarówno fizyczne, jak i mentalne, wróciliśmy na kilka dni do Menton, aby w towarzystwie emerytów z całego świata, powygrzewać się odrobinę w słońcu. Choć wszechobecna w kamperze wilgoć oraz atakujący nasz materac grzyb nie przestawały nam przypominać, że mimo wszystko mamy najchłodniejszą porę roku.

Dlatego też, leciutko zdołowani, ruszyliśmy powoli z powrotem w stronę domu. A, jako, że my to my, zajęło nam to jakiś czas.

Po drodze przeczekaliśmy jeszcze kilkudniową sztormową pogodę w San Lorenzo al Mare. Nasze skąpe z natury dusze zaszalały i zdecydowaliśmy się na płatny postój. Podczas trwającej kilka dni ulewy, nic tak nie koi serca,  jak spowijająca kampera przyjemnym ciepłem farelka, nie wspominając o hulającym niczym wicher na zewnątrz Internecie.

Kiedy się w końcu wypogodziło wybraliśmy się na przechadzkę, która okazała się okraszonym potem drałowaniem pod górę. Na szczycie przywitał na widok, może i nie oszołamiający, ale z pewnością wart wysiłku.


Jak już się porządnie wypogodziło, to i słońce zaczęło wywiązywać się ze swoich obowiązków i zrobiło się cieplej.

W sam raz, żeby pomoczyć nogi oraz powygrzewać się gdzieś w kąciku.

Co, jak co, ale palmy, piasek oraz morskie fale, to to, co nadaje naszej marnej egzystencji sens.


Jeszcze kilka dni w Diano Marina (niestety z pobliskiej, chyba najbardziej przez nas lubianej Imperii goni policja), leniwy spacerek do opustoszałego o tej porze roku Cervo...

...i ruszamy dalej.

Czas powiedzieć: Ciao Italia, może wrócimy za kilka miesięcy (a taki ch.j! Patrz: Covid-19). Żegnajcie spienione fale, bywaj wspaniała tłuścioszko- Farinato! Dobrze, że zrobiliśmy zapas lokalnej oliwy oraz mąki z ciecierzycy :)