Spędziliśmy w
Albanii zaledwie kilka dni, lecz przejechaliśmy ją z południa na północ,
nie wypada więc o niej nie napisać. Zmiana jest zauważalna zaraz po
przekroczeniu greckiej granicy: ludzie są inni, domy różnią się od tych w
Helladzie, a samochody częściej są niemieckiej produkcji i mają gwiazdę
na masce. Bieda miesza się tu z luksusem - Mercedesy wyprzedzają konne
wozy, a bezpańskie psy uganiają się za równie bezpańskimi kotami. No i
śmieci. Nie ma co ukrywać, jest brudno, po prostu panuje syf.
Nocowaliśmy w
dwóch miejscach: w Pogradcu oraz w Szkodrze. Obie miejscowości leżą nad
jeziorami - jedna na południu, druga na północy kraju. Dzieli je jednak
nie tylko odległość w kilometrach, ale i w szeroko pojętym rozwoju.
W tej pierwszej, pomimo jej kurortowych aspiracji, jest niezły bajzel. Nie byliśmy w Indiach, ale podejrzewamy, że śmiało można by tu nakręcić o nich film, oszczędzając przy tym sporo budżetu na podróże. W centrum miasta znajdą się nawet krowy. Szkodra zaś to już inny świat. Na eleganckim deptaku w centrum knajpy tętnią życiem, a angielski słychać częściej niż albański.
Dwa światy, jeden kraj. I taka chyba właśnie jest Albania - pełna kontrastów, lecz prąca do przodu.






