Kiedy szliśmy rano zakurzoną drogą na plażę naturystyczną, zwaną przez
miejscowych Hidden Paradise, co jakiś czas mijały nas policyjne
radiowozy. Pomyśleliśmy, że policjanci mają tu klawe życie - wożą się
bez celu po bocznych dróżkach, leniwie popalając papierosy. Kiedy
dotarliśmy na miejsce, okazało się, jak bardzo się myliliśmy. Otóż
stróżowie prawa wracali z poważnej akcji, podczas której w palącym
słońcu i pocie czoła niszczyli przyplażową osadę hipisów-naturystów.
Gdy zeszliśmy
stromym klifem w dół, naszym oczom ukazał się obraz nędzy i rozpaczy:
poprzewracane namioty i biegający pośród nich ludzie, próbujący uratować
resztki swojego dobytku. Po rozmowie z nimi okazało się, że lokalne
władze planują wydzierżawić ten teren pod prywatny bar. Będzie to
prawdopodobnie równoznaczne ze zniknięciem kolejnego urokliwego punktu z
naturystycznej mapy okolicy.
Oczywiście
kwestią dyskusyjną pozostaje to, czy samowolne konstrukcje i koczowanie
na dziko sprzyjają społeczności naturystów - pojawiają się przecież
pytania o estetykę, śmieci i ochronę środowiska. W naszym przypadku
jedno jest jednak pewne: jest nam do tych ludzi tysiąc razy bliżej niż
do tych, którzy niszczą takie miejsca, by postawić kolejną oazę komercji
i masowej konsumpcji.


