czwartek, 12 marca 2026

Hvar w wiosnę przyodziany

 
Miesiąc na chorwackim Hvarze brzmi interesująco, czyż nie? Cóż tam jednak robić, skoro ani to jeszcze kalendarzowy sezon turystyczny, ani lato postrzegane meteorologicznie. Knajpy pozamykane, dyskoteki nie dudnią nocą basem, a plaże nie jeżą się leżakami - istna pustynia. Nawet loda nie ma jak zjeść, bo i temperatury wciąż nie są takie wysokie, by się na takowego skusić, a jeśli nawet, to nie ma gdzie.

Właśnie dlatego tu przyjechaliśmy i jest to kluczowy powód, dla którego podróżujemy głównie poza sezonem: szukamy spokoju, autentyczności oraz, a może przede wszystkim, pustych plaż. Fajnie jest też w pełni korzystać ze słońca, wręcz delektować się nim, a nie musieć przemykać cieniem czy czekać na wieczór, by odetchnąć od upału.

Teraz mamy całą wyspę niemal tylko dla siebie. Nieliczni mieszkający tu na stałe tubylcy oddają się swoim zajęciom, przygotowują powoli interesy do sezonu: pukają, stukają, malują czy kują. My zaś eksplorujemy puste plaże, ubijamy stopami wyściełane kamieniami szlaki czy też polerujemy bruki wąskich uliczek Hvaru i Starego Gradu.

Podziwiamy budzącą się do życia naturę: kwitnące krzewy rozmarynu, rozkładające się do słońca tulipany, bielące się kwiatami migdałowce lub pokryte żółtą burzą tychże mimozy oraz wyższą z dnia na dzień trawę. Bąki bzyczą, ptaki świergolą, a wszechobecne koty się byczą. Naprawdę trudno chyba o lepszy czas na odwiedziny.

W sumie łapiemy się na tym, że wpadliśmy w istny turystyczny trans, eksploracyjną rutynę. Zamiast, niczym wspomniane wcześniej futrzaki, oddawać się błogiemu nieróbstwu, wstajemy po szóstej, szybkie śniadanie, potem kawa niemal w biegu i, poganiając jedno drugie, ładujemy się czym prędzej do samochodu, by po pokonaniu niezliczonych serpentyn wylądować w nowym miejscu.

Mamy nadzieję, że do końca naszego pobytu takich chwil nie zabraknie, a my, gdy już wrócimy do domu, w końcu odpoczniemy.

Czas kończyć, za oknem już prawie zmierzcha, a jutrzejszy poranek coraz bliżej :)