Właśnie dlatego tu przyjechaliśmy i jest to kluczowy powód, dla którego podróżujemy głównie poza sezonem: szukamy spokoju, autentyczności oraz, a może przede wszystkim, pustych plaż. Fajnie jest też w pełni korzystać ze słońca, wręcz delektować się nim, a nie musieć przemykać cieniem czy czekać na wieczór, by odetchnąć od upału.
Teraz mamy całą wyspę niemal tylko dla siebie. Nieliczni mieszkający tu na stałe tubylcy oddają się swoim zajęciom, przygotowują powoli interesy do sezonu: pukają, stukają, malują czy kują. My zaś eksplorujemy puste plaże, ubijamy stopami wyściełane kamieniami szlaki czy też polerujemy bruki wąskich uliczek Hvaru i Starego Gradu.
Podziwiamy budzącą się do życia naturę: kwitnące krzewy rozmarynu, rozkładające się do słońca tulipany, bielące się kwiatami migdałowce lub pokryte żółtą burzą tychże mimozy oraz wyższą z dnia na dzień trawę. Bąki bzyczą, ptaki świergolą, a wszechobecne koty się byczą. Naprawdę trudno chyba o lepszy czas na odwiedziny.
W sumie łapiemy się na tym, że wpadliśmy w istny turystyczny trans, eksploracyjną rutynę. Zamiast, niczym wspomniane wcześniej futrzaki, oddawać się błogiemu nieróbstwu, wstajemy po szóstej, szybkie śniadanie, potem kawa niemal w biegu i, poganiając jedno drugie, ładujemy się czym prędzej do samochodu, by po pokonaniu niezliczonych serpentyn wylądować w nowym miejscu.







