Już tydzień minął
od naszego powrotu z Chorwacji. Wspomnienia słońca muskającego nagą
skórę powoli bledną, podobnie jak zdobiąca ją równomierna, brązowa
opalenizna. Co prawda za oknem nie brakuje życiodajnych promieni, jest
jednak jedno „ale” - przenikliwy chłód i wiatr. Tak to już bywa o tej
porze roku u stóp Karkonoszy.
I wiecie co? Wbrew wszystkim naszym przekonaniom, czy też opiniom wyrobionym w aspekcie aury - wcale nam to nie przeszkadza. No dobrze, może trochę. Bo przecież wiadomo, że zawsze jest lepiej, gdy jest ciepło. Ale właśnie to „ale” robi różnicę - tak zakochaliśmy się w tym podgórskim regionie, że różowe okulary miłości przysłaniają nam wręcz wszelkie niedoskonałości.
Pierwszy raz od lat podczas wyjazdu naprawdę tęskniliśmy za domem. Pośród śródziemnomorskiej roślinności - agaw, palm i kaktusów, nadmorskich szlaków i pustych plaż, wspaniałych widoków oraz szumu fal - łapaliśmy się na tym, że z rozrzewnieniem myślimy o przyprószonej śniegiem Śnieżce, o cieplickim deptaku, czy okolicznych lasach. O własnym łóżku i widoku z okna na karkonoskie krajobrazy.
Czy to już
starość, czy może w końcu znaleźliśmy swoje miejsce na ziemi? Pewnie
jedno i drugie. Nie znaczy to jednak wcale, że zamierzamy przestać
podróżować - co to, to nie. Przecież czasem naprawdę dobrze jest
zatęsknić :)




