Po wyrwaniu się z objęć austriackiego horroru udało się nam szczęśliwie dotrzeć nad spokojny Adriatyk. Dlaczego kraj ludzi sytych oraz wielbiących porządek określamy synonimem koszmaru, potworności czy też okropności? Ano dlatego, że wszystkie te słowa są jak najbardziej zasadne i na miejscu.
Droga z czeskiego Mikulova do chorwackiej Crikvenicy, czyli - wydawałoby się - komfortowe sześćset kilometrów autostradą, zajęła nam czternaście godzin. Przedzieraliśmy się przez wszechobecny śnieg. Śnieg w powietrzu, śnieg na nawierzchni, zacinający śnieg, zamknięte lotniska, dworce i autostrady. Ślizgające się ciężarówki, samochody wyściełające rowy. Totalny paraliż. A w samym środku - my.
Może będzie i tak, że pod wpływem tych kojących czynników siwe włosy na powrót zabarwią się na poprzedni kolor :)





