Przeszywająca
powietrze, wszechobecna zgnilizna uporczywie wgryza się głębiej i głębiej w nasze ciała oraz
umysły. Z dnia na dzień czujemy się coraz bardziej zainfekowani, jakby
jakaś czarna pleśń szczelniej pokrywała, czy wręcz trawiła, nasze
wnętrza. Spoglądamy nerwowo w okna niczym alkoholik w pusty kieliszek, z
nadzieją, że ujrzymy choć najmniejszy ślad słońca. Próżne to jednak
wyczekiwanie - jak go nie było, tak nie ma i nic nie wskazuje na to, iż
będzie. Zalany ołowiem nieboskłon nie pozostawia żadnych złudzeń -
rozkład naszego jestestwa nie ustanie tak szybko. Jedyna nadzieja to
spróbować wyrwać się z tej tkanej pleśnią sieci i uciec. Im dalej na
południe, tym lepiej. W stronę idyllicznej Adrii, słońca oraz budzącej
się tam już nieśmiało wiosny.
